FANTASTYKA

Fragment drugi


O

bcy wrócił przed zmierzchem. Żałośnie porykiwały krowy, które przygnano z pastwiska. Oczekująca niecierpliwie Agata dostrzegła go przez ozdobione pelargoniami okienko w kuchni. Wybiegła przed pobieloną chatę niby ponaglona obowiązkiem. Pod ścianą leżały równo ułożone szczapy na opał. Nabrała ich, a potem zdjęła gliniany garniec, wiszący się na płocie. Zatrzymała się przy furtce.

— Jesteście! — powitała przybłędę jak swego. Oddychała szybko i z radością, a jej policzki się zaróżowiły. Włosy miała starannie umyte, wysuszone i uczesane. Przewiązała je z tyłu czerwoną wstążką. — Ojcowie są w oborze — rzekła prawie konspiracyjnie. — Dopiero co umęczeni wrócili z pola.

Przybysz blado się uśmiechnął, wszedł do ogródka i zdjął sakwę z pleców. Był spokojny i opanowany.

— Ano, jestem — powiedział. — Zmęczony i głodny. A i wyglądający noclegu!

Dziewczyna nie wracała do chałupy. Jej oczy wyrażały zachwyt i gdyby nie naręcze szczap do pieca, pewnie ogarnęłaby młodego mężczyznę ramionami. Syciła się jego bliskością.

— Jakoś wam było po drodze? — rzekła z odrobiną wyrzutu w głosie.

Obcy skwapliwie przytaknął. Zlustrował wzrokiem jej sylwetkę. Do białej, czystej koszuli z haftowaną krajką założyła suto marszczoną, kolorową spódnicę, ściągniętą paskiem w wąskiej talii.

— Mówcie mi Antoni — rzucił. — A wam jak dali na chrzcie?

Delikatnie pogładził jej włosy i dziewczyna się zapłoniła. Odwróciła się, aby poprowadzić go do domostwa.

— Wołają na mnie Agata — zdradziła w przelocie.

Z zaciekawieniem obejrzał niską kuchnię. Nierówne ściany były pomazane na jasnoniebiesko i obwieszone obrazami świętych. Podłogę zastępowała twardo uklepana i ubita ziemia. Sporo miejsca zajmował piec, w którym pod rozgrzaną płytą wesoło buzował ogień. W kącie stało przykryte piernatami łóżko. Kręciła się tu młodsza siostra Agaty, jednak przybysz nie zwrócił uwagi na urodziwego podlotka. Przysiadł przy drewnianym stole, łakomie wodząc wzrokiem za dziewczyną, która go radośnie powitała, a teraz podsuwała mu pod nos wiejskie specjały. Postawiła przed nim misę z jajecznicą, kubek mleka, a z okrągłego bochna chleba odkroiła sporą pajdę. Przyniosła mu masła na spodeczku.

— Posilajcie się! — zachęciła.

Nie jadł, lecz przyglądał się Agacie. Wyglądała o wiele ponętniej niż przed południem, kiedy ujrzał ją w ogródku przy pieleniu. Na chwilę zostali sam na sam, bowiem kręcąca się po kuchni pannica wybiegła z chałupy.

— Śliczna jesteś, tak urodziwa, że aż dech zapiera — wyznał, gdy stała tak nad nim. — Widziałem wiele miastowych, ale się do ciebie nie umywają — wyraził swój podziw.

Roześmiała się, uradowana. Ujął ją za rękę i przyciągnął do siebie. Nie broniła się i chętnie przysiadła mu na kolanach. Poczuł krągłe biodra i jędrne piersi. Ich usta się zetknęły. Ogarnęło go nagłe podniecenie. Musnął ją wargami, a potem go poniosło i zaczął ją namiętnie całować. Zerwała mu się z kolan i wyjrzała z przestrachem przez kuchenne okno.

— Jeszcze nie czas na to — w zaufaniu mu zdradziła. Szybko oddychała. — Lada chwila ojcowie wejdą i będą wieczerzać. Trza, byście byli spokojni i niczego nie okazali!..

Potulnie się zgodził, przysunął się do stołu i wbił wzrok w misę z jajecznicą. Sięgnął po drewnianą łyżkę. Znów był przybyszem — obcym, który zatrzymał się w napotkanej wiejskiej chacie, by pokornie prosić o strawę i nocleg. Wielu takich wędrowało, dzieląc się w podzięce za jadło i napitek bajaniem o odległych krainach i o dziwach, które ponoć oglądali na własne oczy. Agata pozostawiła go samego w kuchni, smyrgając do ogródka, skąd przyniosła cebulę, główkę młodej kapusty i kilka marchewek.

Starzy wkrótce weszli, witając go po chrześcijańsku, a ruchy mieli powolne i ciężkie. Podeszły wiek rysował się na ich twarzach licznymi zmarszczkami. Posiwiały ojciec Agaty przyjął obecność obcego ze skrywanym zadowoleniem. Oczy mu zabłysły, bowiem lubił wieczorami słuchać mrożących krew w żyłach opowiastek o walecznych rycerzach i smokach, o wilkołakach, wampirach i demonach. Kiedy więc w chałupie uprzątnięto po wieczerzy, Antoni, chcąc nie chcąc, musiał rozpocząć gawędę.

Do stodoły poprowadziła go po zmroku matka Agaty, usłużnie zapraszając do przepastnego wnętrza i oświetlając drogę. Przystawiła mu leżącą na klepisku drabinę, aby mógł wspiąć się na rzucone wysoko siano. Znalazł tam derkę i wypchaną szmatami poduchę. Stodoła łączyła się ze stajnią i oborą, więc gdy się już wygodnie ułożył, kołysały go do snu dobiegające z dołu ciche porykiwania krów, pobekiwanie barana i parskanie starej klaczy. (...)