FANTASTYKA

Fragment trzeci


P

okrzepiony pierwszymi sukcesami na polu walki, z dzikim okrucieństwem w oczach zawróciłem przez bramkę do stodoły. Rozsadzała mnie wściekłość. Znieważono mnie i czułem, że mam prawo do krwawej zemsty. Nie dostrzegłem już tam Agaty, więc przeszył moje serce bolesny skurcz. Ze złością skoczyłem na drugą stronę, nie pozwalając zaprzeć wrót. Popędzana przez ojca wchodziła do ogródka, przygarbiona, zrezygnowana i przegrana. Od tej pamiętnej nocy miała być zakałą wioski — personą, którą przy akompaniamencie szyderczego śmiechu urągliwie wytyka się palcami. Brzmiał mi w uszach ten śmiech. Dwaj parobcy, którzy oglądali się za pohańbioną dziewką i drwiąco rechotali przy wrotach, legli na ziemi, skręcając się z bólu. Moje pięści znowu poszły w ruch. Wyrwałem jednemu z nich z rąk kawał łańcucha, wywijając nim groźnie w powietrzu. Trzej inni w te pędy czmychnęli za róg stodoły, nie rwąc się do bitki.

Oczyściwszy sobie teren, udałem się za miłującą mnie anielską istotą, poganianą przez rozeźlonego ojca. Opadły mnie złe myśli. Oczyma wyobraźni ujrzałem łepetynę starego durnia, ociekającą krwią i sterczącą jak garniec na sztachecie płotu. Pokładowy komputer wreszcie się odezwał, bo do tej pory milczał jak zaklęty.

— Lepiej nie wchodź do chałupy, to ryzykowne — szeptał mi w uchu. — Niestety, doszły do głosu surowe prawa tutejszej społeczności. Jesteś intruzem i natrętem, który zakpił sobie ze szczodrobliwości gospodarzy. Nie doceniłeś ich dobroci i nadużyłeś gościnności, więc powinieneś zostać ukarany...

Nie miałem nastroju do wysłuchiwania jałowych pouczeń — tym bardziej, że były mocno spóźnione. To nie ja, lecz pokładowy doradca wpadł na kretyński pomysł, żebym nocował w stodole, aby odbyć gody z Agatą. Sam zabrałbym się do tego zupełnie inaczej, nie oglądając się na to, co myślą tubylcy.

— Dobrze wiesz, gdzie mam tutejsze prawa i obyczaje — warknąłem przez zaciśnięte zęby, niespokojnie szarpiąc ręką sztachetę płotu. Skumulowana agresja szukała ujścia. Przeszyła mnie myśl, żeby dać sobie spokój z tą chałupą, a zamiast tego skoczyć do krążownika i rozbić cepem pieprzącego androny psubrata.

Bezzwłocznie się dostosował. Cóż, był maszyną i miał diabelnie szybki refleks. Okazał się skory do pomocy i usłyszałem w uchu usłużną podpowiedź:

— Użyj środka usypiającego!..

Zrobiłem wielkie oczy, po chwili namysłu godząc się z tą sugestią. Bacznie zlustrowałem otoczenie. Tamci lizali rany i od strony wioski póki co nikt mi nie zagrażał.

— To jest myśl — prychnąłem olśniony. — Chyba tak odrobię tę lekcję. Nic na łapu-capu. Szkoda, że wcześniej na to nie wpadłem.

Obejrzałem z lekka zabrudzone dłonie, z uwagą lustrując ukryte pod paznokciami ledwo widoczne wyloty. Poturbowanych było już dość na polu walki, mogłem zatem spasować i odwołać się do bardziej humanitarnych metod. Poprawiło mi się samopoczucie. Dotarło wreszcie do mnie, że w pełni panuję nad rozwojem sytuacji.

— Co mi tam tubylcza wiocha — ponuro szczeknąłem. — To ja w tej dziurze dyktuję warunki. I żadna gadzina mi nie podskoczy.

Jednym susem pokonałem płot, leniwym krokiem dochodząc do skrzypiących drzwi chaty. Stary Agaty zawrócił na próg i z cynicznym uśmieszkiem na ustach zastąpił mi drogę. Nie zdawał sobie sprawy z tego, z kim się mierzy i nie miał zielonego pojęcia o mojej mocy. Nie skróciłem go o głowę, jak to wcześniej w złości zamierzałem. Odrzuciłem precz łańcuch i znienacka syknąłem mu w nos gazem. Nogi mu zmiękły, oniemiał ze zdumienia i z błazeńskim wyrazem twarzy osunął się do moich stóp, jakby rozpaczliwie błagał o przebaczenie.

Ze wzgardą go odsunąłem, gdyż tarasował mi przejście. Ten bastion był już zdobyty. Przez krótką chwilę szukałem w nim podobieństwa do Agaty, ale go nie znalazłem. Wszedłem do sieni, a następnie do skrytej w półmroku kuchni.

— Pochwalony! — rzekłem i zaraz ugryzłem się w język. To uświęcone tradycją religijne powitanie w zaistniałych okolicznościach brzmiało urągliwie. Nikt mi zresztą nie raczył odpowiedzieć. (...)