FANTASTYKA

Fragment czwarty


S

tała na wyniesionym przed wrota stodoły starym chybocącym się stole, wspierając dumnie ręce na wąskich biodrach i władczo lustrując zebrany tłum. Rzuciła wszystko na jedną szalę i uderzyła na trwogę, nie lękając się, że ośmieszy się w oczach chłopów. Zwołała ludzi i w efekcie zbiegło się pewnie z pół wioski. Ranni zostali opatrzeni i w zaciszach chałup dochodzili do siebie, zaś doglądał ich sprowadzony ze dworu młody medyk, znający się na rzeczy. Nawoływała do tego, żeby ukarać winnego — występnego przybłędę, który krył się w pobliskich lasach, kpiąc sobie w żywe oczy z praw boskich i ludzkich, a raz dopuszczona do głosu, nie dała go już sobie odebrać. Umiała mądrze gadać, mimo piętnastu wiosen, jakby była po szkołach w mieście. Z zadziwiającą pewnością siebie przekonywała, żądała i groziła. Przemawiała jak stary dziedzic lub posiwiały pleban na kazalnicy, starannie budując zdania i karmiąc nimi wiejską gawiedź. Przetargowym argumentem było zaś to, że sięgający po cudze nienasycony obcy nie poprzestał na starszej siostrze. Zgwałcił bowiem również ją, młodszą, niewinnego anioła i prawie dziecię. Ze szczegółami opisywała, jaki był okrutny i jak bardzo się broniła. Została wzięta siłą przez zwyrodniałego przybysza, do czego otwarcie się przyznawała, a to dawało jej prawo, by żądać od chłopów ze wsi, aby z nawiązką mu odpłacili. Takim łajdakom zawsze było mało.

— Hańba, hańba! — co rusz pokrzykiwał ktoś z tłumu, wpadając jej w słowa i przerywając barwny wywód. — Stracić gada. Pojmać i ukatrupić. Przytroczyć kamień młyński do szyi i rzucić do stawu!

Podsycała te nastroje, świadoma tego, że strach zagościł już w wielu sercach. Obcy był mocarny, miał siłę niedźwiedzia, radził sobie z kilkoma parobkami wraz, więc nie każdy miał ochotę, żeby z nim się mierzyć. A przecież nie brakowało w ich sadybie bitnych młokosów, nie lękających się rozlewu krwi i gotowych do szalonych popisów dla pozyskania względów urodziwych dziewek.

— Nie uszedł nikczemnik daleko — tłumaczyła, jakie to łatwe. — Siostra źle się czuje i słabuje, więc musiał koło wioski się ukryć. Nie ciągnąłby jej na koniec świata — objaśniała ze swadą. — Bez trudu go znajdziecie, pójdziecie z psami, wytropicie go i wypłoszycie z kryjówki. Cóż to dla was, krzepkich chłopów? Uporacie się z nim raz-dwa! Tam się udał, tam — wskazywała dłonią kierunek. Spoglądali ku łąkom, stawom i dalej, ku ciemnej linii lasu. — Stamtąd się przywlókł i tam umknął. I przyczaił się w jakiejś norze.

Napięcie sięgało zenitu. Zapadał zmierzch, czerwona kula słońca dotykała już linii horyzontu i było łatwo odwołać się do najniższych instynktów. Jeden z młodych żeńców z sąsiedniej wsi, pewnie liczący na to, że podczas żniw przygrucha sobie ładne dziewczę z tych okolic, zdjął kosę z drzewca i nałożył ją na sztorc.

— Zbereźnik otrzyma należną karę — wrzasnęła gruba baba w kraciastej chustce na głowie. — Pomścimy Kachnę, pomścimy Agatę!

Okrzyk podchwycono. Iskra padła na suchą ściółkę i lada chwila miał buchnąć ogień. Najbogatszy we wsi gospodarz podniósł rękę i na krótką chwilę zapadła cisza. Miał tylko jedno do powiedzenia:

— Trzeba nam się zbroić — rzekł z powagą — i ruszać w las. Nawarzył piwa, szubrawiec, to je wypije.

Czy należało czekać na inną komendę? Katarzyna, świadoma tego, że dopięła swego, zlazła ze stołu.

— Widły i siekiery — wołano, wzajem się przekrzykując. — Co kto ma. Kosy, łańcuchy i sztylety!

Mężczyźni spluwali, zacierali ręce i podwijali rękawy u koszul. Zezowali złowrogo w stronę puszczy, w której chował się podły tułacz, jak dzik wchodzący w szkody. Przybysz splamił honor wsi, a można było zmyć tę brudną plamę tylko w jeden sposób — jego własną posoką.

Kto jednakże w tej chwili przenikliwie przyjrzałby się Kachnie, mógłby mieć wątpliwości, czy istotnie zależy jej na zemście. Z dziwnym chłodem lustrowała gromadę chłopów, sceptycznie oceniając ich zabiegi. Zagnała ich do niedźwiedziej przysługi. Nie wierzyła, że pokonają obcego. Miała jednak cichą nadzieję, że ich chybiona wyprawa sprowokuje go do powrotu. Pragnęła przybysza aż do bólu, o wiele bardziej niż jej starsza siostra. Nie mogła dopuścić do tego, żeby podlec wykręcił się sianem i zniknął bez śladu. (...)