FANTASTYKA

Fragment piąty


N

ie było mi dane wygodnie ułożyć się na trawie, wyciągnąć do gorącego słońca i zapaść w rozkoszne odrętwienie, bowiem usłyszałem rozdzierający krzyk, przejmujący i przeszywający do głębi. Zaczęło się piekło. Skoczyłem na równe nogi i jak szalony pognałem za dziewkami. Nie wiedziałem, która wzywała pomocy, lecz łudziłem się, że to nie Agata. Niestety, srodze się myliłem.

Dotarłem na miejsce za późno. Cóż, było już po wszystkim! Moja kochanka leżała na trawie z bezradnie rozrzuconymi rękami, a przygarbiona i przegrana Kaśka sterczała nad nią, dzierżąc w dłoni zakrwawiony szpikulec.

Zamurowało mnie. Tego się nie spodziewałem. W pierwszym odruchu chciałem wyrwać morderczyni narzędzie zbrodni i mściwie zatopić ostrze w jej piersi. Potem pomyślałem o bardziej wyrafinowanej torturze — o dotkliwym bólu, który trwałby wiele dni i tygodni.

— To tak się mają sprawy między rodzonymi siostrami?! — warknąłem rozsierdzony. Nie wytrzymałem i z rozmachem trzasnąłem ją w pysk.

Nie poczuła wymierzonego jej policzka. Wypuściła szpikulec z dłoni i z rozpaczą złapała się za głowę. Przejrzała na oczy. Dopadła ją histeria, nękająca ludzką duszę od początku świata.

— Zabiłam ją, uśmierciłam, z zimną krwią zadźgałam — kiwała się, przeraźliwie lamentując. — I co ja teraz pocznę, i jaki będzie mój los? I kto się nade mną, niebogą, ulituje? Przeklną mnie wszyscy, wyrzekną się i potępią na zawsze — zawodziła, drąc sobie włosy z głowy. — Czeka mnie męka wieczna i nie ominą kary piekielne!

Wykrzyczała się i ucichła. Upadła na kolana przy siostrze i cicho załkała, pochylając się nad krwawą plamą, znaczącą się na jej sukni.

Obejrzałem prymitywny szpikulec z rękojeścią z byle jakiego drewna i odrzuciłem go z powrotem na trawę. Ostrożnie podniosłem moją lubą z murawy. Oczy miała przymknięte, a twarzyczkę białą jak papier. Przyłożyłem ucho do jej piersi, ale nie wyczułem bicia serca ani oddechu. Ze zgrozą spojrzałem na dokumentnie załamaną Katarzynę.

— Nie wysłałaś jej na tamten świat — syknąłem ze złością. — Nie udało ci się. Czy sądzisz, że przy mnie tak łatwo kogoś zabić?..

Wycierała rękawem łzy i przypatrywała temu, co czynię. Byłem potężnym czarownikiem. Zabrałem Agatę do windy grawitacyjnej — widziała więc, jak unoszę się w górę niby duch, a potem znikam jej sprzed oczu.

— Jakie są rokowania? — zapytałem pokładowego doradcę, gdy tylko złożyłem wiotkie ciało w hibernatorze.

Ekran migał, częstując mnie kolumnami cyfr.

— Powróci do zdrowia za kilkanaście godzin — odparł wreszcie komputer. — Ma przebite serce. Nie grożą jednak żadne komplikacje.

Z ulgą odetchnąłem. Przysiadłem, spozierając na zamykający się hibernator i przetarłem ręką zroszone czoło. Z tak złożonymi zabiegami sanacyjnymi aparatura medyczna radziła sobie w obniżonej temperaturze.

— W porządku — wydukałem, zdając się na niezawodny sprzęt. Mogłem teraz zająć się sprawczynią nieszczęścia. Pomyślałem o zabójczyni, zamkniętej na dole w polu siłowym i zawarczałem ze złością. Drugi raz przez nią moja ukochana wpadła w tarapaty. — Ja ci pokażę! — nienawistnie zgrzytnąłem. Należało porządnie dać jej w kość.

 

N

ie ruszyła się nigdzie z miejsca zbrodni. Włosy miała w nieładzie, a bluzka wyszła jej ze spódnicy. Z pobladłą twarzą stała tam, gdzie ją zostawiłem i rozszerzonymi z przerażenia oczyma wpatrywała się w leżący na murawie szpikulec. Można było odnieść wrażenie, że zakrwawione ostrze działa na nią jak magnes. Kiedy ponownie się przed nią zmaterializowałem, bezradnie przygryzła wargi i wydawało się, że znowu się rozpłacze. Wpływała na mnie rozbrajająco. Zrobiłem surową minę, najsurowszą, na jaką było mnie stać, ale gniew mi już minął — i musiałem się sporo natrudzić, żeby na jej widok się nie roześmiać.

— Czy sądzisz, że przy mnie można kogoś zabić? — powtórzyłem rzucone wcześniej pytanie. Nie zabrzmiały w nim jednak groźne nuty, jak chciałem. — Twoja siostra będzie żyć — oznajmiłem. — Nic poważnego jej się nie stało. Wróci do zdro-wia i to już wkrótce. (...)